dialog-lustra blog

Twój nowy blog

Wracam Ulicą Kotów w duszny, dopiero się rozwijający dzień.
Na uczelni spotkałam dziewczynę, którą moja mama przygotowywała do matury. Marta kończy teraz pierwszy rok kulturoznawstwa. Jej cechami charakterystycznymi mogłyby być postrzępione brwi, długie włosy, okulary lub sposób mówienia, ale nie – Marta jest niepełnosprawna, więc rozpoznaje się ją po kuli ortopedycznej. Nawet komuś wyjątkowo roztargnionemu nietrudno Martę zauważyć wśród innych studentów.
Marta pisze książkę, tak jak wiele osób które czują się często nieszczęśliwe. Książka jest psychologiczna i między innymi o relacjach pewnej dziewczyny z matką.
Piszę o Marcie tak płasko i sztywno, bo poruszyła mnie krótka rozmowa z nią. Żałowała, że nie mogła przyjść na mój wieczorek, a ja powiedziałam, że nie lubię czytać własnych tekstów, bo brakuje mi wystarczającego samouwielbienia i mogę to robić tylko z ironią, przedrzeźniając samą siebie.
Zapytałam czy mogę ją odwiedzić.
- Tylko nie wiem czy naprawdę chcesz się zadawać z taką młodą siksą. Już kończysz studia.
Możliwość wydała mi się abstrakcyjna, bo w moim domu wiek nie liczył się nigdy bardziej niż kolor włosów, liczyło się co kto ma do powiedzenia. Moja mama przyjaźni się z ludźmi starszymi o dwadzieścia lat i młodszymi o czterdzieści.
Powiedziałam to Marcie.
- No tak, znaczenie powinno mieć pokrewieństwo dusz, jak się poetycko mówi.
Ale moja dusza. Nie wiem czy jest zdolna do pokrewieństwa, bo może być trędowata i szkaradna. Może też nie istnieć. Czuję wysiłki umysłu, huśtawki emocji, niekiedy ukłucia fizyczne, ale duchowość jest we mnie w zaniku – pierwotniak nie wysuwający nawet nibynóżek. A jednak mam wrażenie, że czasem to właśnie dusza mnie boli.

Wczoraj moją mamę odwiedziły dwie znajome polonistki, nazwijmy je: Pani Cukierek i Pani Koral. Panią Cukierek widziałam do tej pory tylko na czarno białych zdjęciach. Była pięknością. Platynowe włosy wiązała do góry i spinała, nosiła eleganckie kostiumiki, niespotykaną biżuterię, podobno snuł się za nią zapach modnych perfum. Na zdjęciach siedzi tak jak prezenterki w telewizji, z nogami lekko na bok, żeby łydka nie rozpłaszczała się nieestetycznie na kolanie (poznałam ten trik dopiero niedawno). Teraz Pani Cukierek jest zjawiskową starszą panią – włosy wciąż jasne i upięte, fioletowe cienie na powiekach, liliowa spódnica i bluzka z umiarkowaną ilością falbanek. Ale mój wzrok przykuła najbardziej biżuteria – dwa ogromne pierścionki z fioletowymi oczkami (okami!), zasłaniającymi pół dłoni. I długie srebrne paznokcie! Zachowuję sobie obraz Pani Cukierek żeby umieścić ją w opowiadaniu.
Jej mąż był pianistą, wykładowcą w Wyższej Szkole Muzycznej. Zmarł parę miesięcy temu. Bardzo kochali się i szanowali, Pani Cukierek ciężko przeżyła jego śmierć, ale będąc w żałobie nie nosi czerni, bo mąż nigdy czerni nie lubił.
Obie znajome mamy wybierały się właśnie do młodego masażysty – uzdrowiciela i egzorcysty, któremu Pani Koral wynajmuje mieszkanie. Powiedział im, że zmarli kręcą się przy ludziach, którzy są słabsi i wysysają ich energię. Pani Koral dowiedziała się, że w poprzednim wcieleniu była księdzem, a Pani Cukierek – zabójcą. Pani Cukierek wspomina, że gdy pierwszy raz ją zobaczył od razu wystartował do niej przez pokój, by oznajmić, że kamień, który nosi na szyi ma złą energię. Pechowy kamień. Fatalny.

Teraz sprawy domu i wyjazdu, pracy i obrony – nic nie znaczą. Odkładam książkę i próbuję sobie przypomnieć gdzie jestem. Zajmujące mnie dwie godziny wcześniej tematy wciąż jeszcze wydają się abstrakcją. Brązowe nogi Ramoneski, śpiącej na leżaku obok, przypominają mi o tym co wczoraj zrobiła, czego się tak wstydzi, a za co nie chcę jej winić. Zaspokoiła pragnienie jak pije się sok, nie jest „upadłą” kobietą, tylko zdrową, atrakcyjną dziewczyną. Biologia. Zachowanie się zwierząt i ludzi. Gdybym nie była tak zabandażowana zakazami i nakazami mojej purytańskiej moralności – surowej tylko dla mnie samej, wobec mnie tylko sztywnej – to też bym swawoliła, a potem stworzyła kobiecą wersję „Amoku”. Ale sobie jednej nie wybaczam i to, co akceptuję u innych, tego nie ścierpiałabym u siebie.
Opisywanie okresu dojrzewania u dziewczyny mogłoby łatwo zamienić się w horror. Niestrawny dla delikatnych chłopców i eterycznych dziewcząt, które nigdy nie chodzą do toalety. Autorki, które nie oszczędzą swoim czytelnikom drastycznych szczegółów przemian, mogą łatwo zostać posądzone o celowy wybieg, chęć zszokowania czytelnika. Ale jeśli są szczere nie mogą pominąć wszystkich udręk ciała. Dojrzewanie chłopca przedstawia się za pomocą jego pierwszych erotycznych doświadczeń, ucieczki do wolności. Dojrzewanie dziewczyny jest głównie beznadziejną walką z ciałem, szeregiem potwornych, nie do zaakceptowania zmian fizycznych. Może dlatego niektóre kobiety już pozostają na etapie tej walki i nie ma części ciała, której nie pielęgnowałyby u fachowca. Im mniej te zabiegi przynoszą efektów, tym bardziej czas, odbierający to, co na początku dał, jest zatrzymywany.
Ale nie z tego względu mam uraz do czasu, bo wreszcie zaczęliśmy do siebie pasować – ja i Ciało. Ożywiam je, napędzam, steruję nim, rzeźbię w twarzy dostosowując mimikę do afektu i lubię to. Odwdzięcza mi się zaskakując nagłą, ostrą atrakcyjnością, która znika i znów się pojawia. Nie jestem już brzydka. Przez kilka lat dojrzewania czytałam książki po to, by zapomnieć że jestem brzydka, ale odkładałam je i znów byłam ciałem. Teraz myśli o ciele już mnie nie zaprzątają, chyba że – jak dziś – przypominam sobie wczesne stadia dorastania. Dziwne – jeśli zaakceptuje się różne niedociągnięcia ciała one przestają być wadami, a stają się znakiem rozpoznawczym, zaletą, czymś, o czym mogą marzyć mężczyźni, kiedy chcieliby zaspokoić pragnienie, jak pije się sok.
Nienawidziłam swojego ciała. Chciałam być delikatna i eteryczna, a moje ciało robiło się coraz bardziej nieprzyzwoite, nie moje – nie było mną, tylko skorupą, która mnie więziła.

***
Wciąż śpi. Jesteśmy na działce, między drzewkami w dużej plamie słońca, wiatr ociera się o nas ciepłym, kocim, krótkotrwałym przylgnięciem. Ponurak wrócił z koncertu Pearl Jam i przestał się odzywać. Specjalnie na koncert kupił szkła kontaktowe. Okazało się, że ma brązowe oczy, typowe dla krótkowidza, bardzo niewinne. Kiedy popatrzyłam na jego twarz bez okularów miałam wrażenie, że Ponurak jest goły. Nie spodobało mi się to. Wolę go ukrytego, tak jak sama jestem ukryta (za śmiechem).
Zapytałam jakie ma plany po powrocie. „Żadne” – odpowiedział. „Moje motto brzmi: zobaczyć Pearl Jam i umrzeć”.

***
Zaniosłam tacie dwie prace magisterskie, które drukowałam do trzeciej nad ranem klnąc i rozsiewając wokół kartki. Ktoś zawołał mnie z drugiej strony ulicy. To był Kapitan w dobrze skrojonym szarym garniturze, z profesjonalnie zawiązanym bordowym krawatem i teczką w ręku. Szedł do naszego wspólnego znajomego – 94 letniego malarza Ludwika P. Kapitan uścisnął moją dłoń, przywitał szarmancko piękną Ramoenskę i sypnął kilkoma dykteryjkami, które przypomniał sobie w związku z naszym spotkaniem, ale nie mam pojęcia w jaki sposób mogłyby się łączyć.
Kapitan obiecuje. Ja mu wierzę. Rozstajemy się w wielkiej przyjaźni.

***
Czy naprawdę kiedyś możliwe było przemieszczanie się bez dowodów osobistych, paszportu, wszelkich innych kart identyfikacyjnych, a granicę przecinało się niepostrzeżenie, po to, by bez śladu zniknąć? Teraz zniknąć się nie da (pojedyncze przypadki nie są reprezentatywne). Jest we mnie wciąż taka myśl – wyjechać, zniknąć, nie zostać odszukaną. A przecież wszędzie trzeba się legitymować, podpisywać, być numerem, symbolem, słowem – w istocie pozbawionym znaczenia – płaską literą. Przyszedł czas kiedy powinnam spakować węzełek i ruszyć z domu, daleko, ewentualnie terminować u jakiegoś mistrza, jeśli studia nie są odpowiednikiem takiego „stażu”. Ale wyjazd, takie słowo…

***
Nasze rozmowy są jak kolaż ze wszelkich strzępków –ordynarne gazety, doskonałe materiały, koraliki wszelkiej wielkości, wata, zgnieciona puszka po piwie, niedopałek, stara skórka od banana, włosy, wycięta z żurnala modelka. I są niezrozumiałe dla niewtajemniczonych, jak język psychoanalityków. Po pięciu latach studiów mamy zbiór słów, które nic nie znaczą dla postronnych. Używamy ich w złych kontekstach, zestawiamy z innymi, podobnie pustymi. Pamiętamy powiedzonka każdej pani magister, ewentualnie profesor, sposób mówienia wykładowców, pomyłki. Poklejone zdania można obracać, przestawiać w nich słowa, dokładać kolejne i w ten sposób nasze rozmowy, nie mając wiele treści, trwają w nieskończoność.
Powiedziałam Ponurakowi, że jeśli chce przebywać w towarzystwie trzech błyskotliwych, wspaniałych niewiast to czekamy w Cafe 22. Stawił się z kolegą Pawłem – również od nas z roku – oraz nieznanym nam kolegą Wojtkiem. Ku przerażeniu kelnerek dostawaliśmy krzesła i zaczęliśmy odbijać słowne piłki nad stołem, nad ciastkiem Tiramisu, herbatami białymi, mrożoną kawą Ponuraka, moim piwem – bo wróciłam właśnie z zebrania zespołu klinicznego w Poradni Uzależnień. Kolega Wojtek szybko poczuł się wykluczony i już nie dało się tego zmienić.
Paweł studiuje socjologię i politologię, uczy się tanga argentyńskiego, ogląda „Modę na sukces”. Jego średnia nigdy nie schodzi poniżej 5.0. On też, jak Ponurak, potrafi dobrze przedrzeźniać. Obecność Ramoneski nadała spotkaniu podtekst seksualny – śmiech pokrywający zawstydzenie, ukradkowe spojrzenia, dwuznaczne komentarze. Wracałam do domu dziwnym uczuciem, że zachowałam się niestosownie, ale nie pamiętam w którym momencie. I ciąży mi myśli, że nie tylko moje ciało ma 23 lata, ale ja sama zaczynam dorośleć od wewnątrz.

Z komunii bratanka pamiętam, że aby dostać się do małego, zabytkowego kościoła trzeba było go obejść i wysokie szpilki eleganckich mam grzęzły w ziemi. Obok kościoła znajduje się niewielki cmentarz i tam, przy grobowcu niejakich Krasków, zajęliśmy z tatą wolną ławkę, aby przeczekać ceremonię.
Duża część gości, którym nie udało się przebić do wnętrza budowli, kłębiła się przed wejściem z prezentami i kwiatami dla „komunistów”. Dolatywały nas strzępki zdań księdza. Wkrótce wędrowaliśmy z tatą do sklepu na rogu, aby uraczyć się energetycznym napojem Tiger i zapalić papierosa, łamiąc uroczystą przysięgę, przypieczętowaną uściskiem dłoni zaledwie dwa dni wcześniej. Tata pokazuje mi jak uroczyście łamać uroczyste przysięgi. Być może również dzięki niemu nie wierzę w obietnice i przyrzeczenia i zawsze jestem zaskoczona, gdy ktoś dotrzymuje danego słowa.
Tym razem tata poinformował mnie, że zmarł Stanisławski, satyryk i aktor.
Organizuję sobie publiczność na środowy wieczór autorski własny, wymyślony przez Kapitana i zaprogramowany przez moją mamę. Wieczorek będzie naturalnie klapą, na pewno zastrajkują mikrofony i głos nie będzie dochodził do tylnych rzędów. Zatnie się płyta z muzyką. Zdjęcia będą szły nie po kolei i za szybko/za wolno. Albo w ogóle nie dadzą się uruchomić. W tej sytuacji nie stanie się źle, jeśli większość zaproszonych gości zawiedzie. Ramoneska i Ponurak są teraz zaangażowani – jedno w sprawy sercowe, drugie w kłopoty z prawem. Być może jednak Ramoneska spóźni się, żeby być świadkiem mojego wygłupu.
Mama tępi mnie za sceptycyzm.
Bratanek dostał na komunię pianino o podobnej barwie dźwięku, co moje, więc pierwszy kontakt był bezbolesny. Dobrze wygląda i brzmi pianino w prawdziwym salonie.

Przez większość dnia czuję jak coś mi zgrzyta w piersiach. Jakby zardzewiały tryby maszynerii. Mógłby mnie profesjonalny zegarmistrz rozłożyć na części, wymienić to, co przerdzewiało i wypuścić w świat jak nowy, świeży model. Czasem jednak zegarmistrz stwierdza, że mechanizm do niczego się już nie nadaje.
Jeśli szukanie sensu życia to nieporozumienie, błąd w jaki wprowadzili nas egzystencjaliści, to zastanawianie się nad tym, czy nasze czynności są pozbawiane sensu też jest bez sensu.

Wyjazdy do Krakowa wyrywają mnie z marazmu spowodowanego kryzysem końca studiów, kryzysem braku zajęć na uczelni, lekkim ważeniem sobie spraw pracy magisterskiej, prac zaliczeniowych oraz ewentualnych planów wyjazdu za granicę. Jestem mistrzynią nicnierobienia. Degrengolada, impas, orbitowanie.
Dzwonię do Ponuraka.
- Jestem w Krakowie na koncercie Raz Dwa Trzy!
Z Anią – Hiszpanką wypiłyśmy grzane wino pod jednym z parasoli na Starym Mieście (zakonotować: zamawianie wina grzanego w okresie wiosenno/letnim nie wywołuje entuzjazmu obsługi). Ania – Hiszpanka to sąsiadka Madzi, zasuwająca do Krakowa co dwa tygodnie na studium farmacji. Hiszpanka dlatego, że jej włosy, rzęsy i brwi są kruczo czarne, oczy i karnacja ciemne, rysy zdecydowanie orientalne. Ania – Hiszpanka patrzy na mnie trochę z przymrużeniem oka, pobłażliwie. Na koncercie jesteśmy przypadkowo, piłyśmy wino w pobliżu i podryfowałyśmy w kierunku sceny akurat, gdy dwóch panów w czapkach à la Clickers z czasopisma dla graczy, zapowiadało zespół. Poprosiłam Anię żebyśmy zostały na kilku piosenkach i udało mi się załapać na „Jutro możemy być szczęśliwi”, kiedy to nie omieszkałam zadzwonić do Ponuraka.
We wczuciu się w fakt bycia na koncercie, w reagowaniu w sposób nieskrępowany przeszkadzała mi obecność Hiszpanki (i tysiąca innych osób stojących za nami na Rynku;). Zastanowiłam się też parę razy czy jestem wystarczająco dobrym słuchaczem, czy błądzące po widzach spojrzenie Adama Nowaka odnajdzie we mnie wdzięczną odbiorczynię duchowego przesłania. Starałam się być jak najbardziej uśmiechnięta (i, okropne skojarzenie, ale chyba nie mogę sobie nawet podetrzeć tyłka bez zastanawiania się nad tym, co właściwie robię).
Człowiek w bluzce w paski budzi moją wielką sympatię swoją lekko zgarbioną sylwetką (te zgarbione sylwetki), ciepłym spojrzeniem, zachrypniętym, dobrze znanym głosem i tekstami o tematyce dającej nadzieję.
W piątek w szkole prywatnej obserwowałam jak dzieci znęcają się nad nauczycielami. Mamy z tego napisać bezsensowne sprawozdanie – ja i reszta nieszczęśników z mojej uczelni, którzy doświadczyli podobnego koszmaru. Własną szkołę wspominam źle, wizyty w jakichkolwiek instytucjach tego typu odżywiają dawną traumę, a widok dzieci pojawiających się jednocześnie w dużym zagęszczeniu rodzi uczucia paniki, wstrętu, irytacji, głównie dlatego, że zjawisku towarzyszą potworne efekty dźwiękowe. Wrzask o natężeniu przekraczającym wytrzymałość błon bębenkowych, które to, jak wiemy, oddzielają przewód słuchowy zewnętrzny od ucha środkowego, zmieniając fale dźwiękowe w drgania mechaniczne, może wprawić posiadacza wrażliwych błon w stan bliski psychozy.
W sobotę zaś po zajęciach na Mostowej odbyła się projekcja filmu „Ukryte” Michaela Haneke, twórcy „Pianistki” i psychoanalityczna dyskusja na jego temat, wspierana przez dwójkę naszych wykładowców i filmoznawcę Maćka Fortunę. Film był niepokojący i poprzez swoją niejednoznaczność dawał liczne możliwości interpretacji.
W obliczu atrakcji, których nie szczędziło mi życie w ciągu ostatnich trzech dni, czymże jest podróż Ponuraka do Paryża? Cofnijmy się odrobię w czasie…
- Jestem w Krakowie na koncercie Raz Dwa Trzy!
- A ja w Paryżu.
Ponurak pojechał do Francji na dwa dni w związku z projektem, który ma odbyć się w wakacje, a w ramach którego młodzież różnych krajów będzie się integrować pod francuskim niebem. Ponurak, jako opiekun polskiej ekipy, ma za zadanie powstrzymać grupy gorejących chęcią utraty dziewictwa siedemnastolatków, przed czynami lubieżnymi.

Jestem codziennie zmęczona reżimem jaki sobie narzucam. Ktoś obserwujący mnie z boku nie dostrzegły na pewno żadnego reżimu, tylko ja wiem jak męczą mnie wyrzuty sumienia, gdy nie piszę, jak zmuszam samą siebie do czytania wciąż nowych książek. Nie czuję już przyjemności, która sprawiało mi czytanie po raz dziesiąty jednej z części Jeżycjady, ale teraz wydaje mi się, że jestem zbyt poważna, żeby uwierzyć w pełen ideałów świat Musierowicz i muszę się dręczyć grzebaniem w zbiorowej nieświadomości. Kiedy czytam ponurego Houellebecq’a, taka właśnie jest prawda – taka jest rzeczywistość, odarta ze złudzeń i lepiej przecierpieć tę wiedzę niż się oszukiwać. Jestem podatna na sugestie ponurych książek.
W autobusie kończyłam analizę Hanny Segal pewnej psychotycznej pacjentki. Schowałam książkę. Jak w efekcie domina rozpadały się jedna za drugą wewnętrzne konstrukcje i musiałam napinając mięśnie jak kiedyś walczyć o to, by nie pogubić ledwo trzymających się na zawiasach kończyn.

Fernanda jest smutna. Francuz, z którym kontaktowała się często przez internet, zamilkł i nie pisze.

Ponurak zawitał do Tigera około godziny 21.30 i zasłabł. Zapomniałyśmy go poinformować, że będzie jedynym przedstawicielem swojej płci w naszym gronie.
- Powinieneś się cieszyć! Ty i dziesięć pięknych kobiet, nie każdy ma tyle szczęścia.
- Ale przydałoby się męskie wsparcie.
- Tam przy stoliku siedzi czterech samotnych panów…
- Podejść do nich i zapytać, czy mogę postawić im piwo?
Ponurak zdobył krzesło i niepewnie zajął pozycję po mojej lewej. Janka rozprawiała w tym czasie o kupowaniu tłumika do auta, a naprzeciwko dziewczyny dzieliły się doświadczeniami z kick boxingu. Ochroniarz, który od miesięcy adoruje Ramoneskę popatrywał na nią z daleka.
Pomijając dyskusyjną kwestią wartości muzyki dance (pewien krytyk szczerze pożałował ludzi radia zajmujących się dance’em, bo nie wolno im słychać żadnej innej muzyki – jeśli wyrobią w sobie gust, słuchanie na okrągło melodii dyskotekowych będzie dla nich udręką) przeróbki didżeja znów jeżyły włos na głowie. Ale kiedy Ponurak porzucił wreszcie swój soczek pomarańczowy i ruszył na parkiet, zdominował go całkowicie. Jego taniec, tak jak jego słowa, był jedna wielką parodią – Ponurak parodiował chłopaków, osaczających dziewczyny, dziewczyny osaczające chłopaków, gwiazdy muzyki pop, wyginał na wszystkie strony swoje długie kończyny i, zabierając przestrzeń innym, rzucał swym długim ciałem na prawo i lewo. Czarownice na początku pokładały się na parkiecie ze śmiechu, ale potem wyraźnie zaczął je irytować ponurakowy występ. Ponurak był jednak nie do wyłączenia. Wpadł w szał i obawiałam się, że wkrótce, z pianą na ustach, zostanie wyniesiony przez czujnych ochroniarzy – tak obsceniczny, szyderczy, fanatyczny, zapamiętały był w tańcu. Tańczył tak jak mówi, tak samo przekraczał wszelkie granice przyzwoitości.
Ponurak nakręca się w trakcie dowcipnej dyskusji i po początkowej radości rozmówca jest śmiechem zmęczony, bolą go szczęki, wołałby przejść na zwykły tryb. A to dopiero początek i Ponurak rozkręca się coraz bardziej. Wreszcie rozmówca milknie i patrzy zniechęcony na boki, Ponurak nie zamyka paszczy, tyranizuje dowcipem, a im bardziej rozmówca jest wyczerpany, tym więcej energii ma Ponurak. Dowcip i złośliwość Cejrowskiego, wygląd i napastliwość Wojewódzkiego, zdolność do naśladowania innych Majewskiego i mimika Jasia Fasoli. Jest straszny. Nigdy wcześniej kogoś takiego nie spotkałam.
Ponieważ dyskusje z nim wymagają szybkich ripost, są dobrym treningiem. Sprowokowana powiedziałam Ramonesce, że poczucie humoru, które u mnie lubi, ewoluowało w taką a nie inną formę w ciągu pięciu lat studiów właśnie dzięki Ponurakowi, ale mi nie uwierzyła. Połączyłam zabawę słowami mojej mamy i odziedziczoną po niej skłonność do wpadek towarzyskich z techniką Ponuraka, ulepszoną, odcedzoną – mam nadzieję – od przesady. Wyżywam się poprzez żarty, ale nie kłamię w nich. Gdyby nie żarty nie dałoby się znieść absurdu świata.
Ramoneska nie podejrzewa jak bardzo są czasem smutne. Czasem jest mi przykro, że muszę się śmiać z tego, czego w inny sposób nigdy nie mogłabym powiedzieć.
Taniec jest dobry. Można tańczyć z taką pasją, jakby się kogoś biło i czuć podobną ulgę, a bez wyrzutów sumienia. Czuć przyjemność płynącą ze zwyczajnego posiadania ciała. Można rozładować podniecenie, nadwyżkę energii, wściekłość.

c

2 komentarzy

Od trzech dni w domu unosi się zapach. Natrafiam nań niechcący, przechodząc z pokoju do pokoju. Nagle się pojawia, od razu w natężeniu zdolnym pobudzić wspomnienia, ale kiedy wydaje mi się, że sobie przypominam – znika. Zapach – oszust, to plącze się między skradzionymi gałązkami bzu, stojącymi w wazonie, to zostaje na dłoniach, po umyciu ich glicerynowym mydłem. Mam go czasem na bluzce, na skórze przedramion, ale jest tak nietrwały, zmienny, że obraz wspomnienia ginie, zanim zostanie do końca uformowany.
Dlaczego martwi mnie ten moment, gdy słoneczne plamy na ziemi roztapiają się w cieniu, przestają istnieć, tak jakby miały nigdy nie wrócić, zieleń z jasnej i intensywnej staje się szarobura, robi się zimno, człowieka wypuszczają z objęć opiekuńcze ramiona? Dopóki cienie są przeplatane smugami słońca, lubię ich nieregularne kształty, a kiedy zaczynają niknąć, jest mi rozpaczliwie. To tylko chmura zasłania słońce, czemu obawiać się chmur? Trudno mi teraz uwierzyć, że bywają całe miesiące cienia, niebo miesiącami bure, czerniejące już o szesnastej. Albo, że można żyć w pokoju, gdzie tygodniami są zaciągnięte zasłony, zasunięte żaluzje, prawie nie wychodzić na zewnątrz. Jak bardzo trzeba się odciąć od ciała, żeby uwięzić je w czterech ścianach.
Feromony, te małe, niebieskie stworzenia. Nie dają zapomnieć o ciele, budzą je, każą mu reagować.
Przejeżdżam z Ramoneską przez Szczecin Dąbie. Na lewo od głównej drogi prowadzi dokądś ulica Zapomniana, nikt nie pamięta dokąd. Znów nie zobaczyłam ani jednego bociana.

Przęsła

2 komentarzy

Czy moglibyśmy zamieszkać razem – Ponurak, Ramoneska i ja, w trzypokojowym mieszkaniu, gdzieś w centrum, może w jednej z niewyremontowanych kamienic z widokiem na trzepak i śmietnik, na jakiejkolwiek przestrzeni, która wytrzymałaby energię Ramoneski, szyderstwa Ponuraka i moje ambiwalencje?.. Mielibyśmy tam własne orbitowanie bez cukru: kąt z książkami i płytami, kaktusy na parapecie i trochę delikatniejszych roślin doniczkowych, popielniczkę, którą Ponurak by mi wciąż chował, mopa do mycia podług, zestaw kosmetyków dla obu płci. Pralibyśmy gacie hurtowo. Stołowalibyśmy się u rodziców. Wieczorami oglądalibyśmy filmy z wciąż rosnącej kolekcji Ponuraka. Za dnia każde biegłoby do swojej pracy. Bralibyśmy urlopy w tym samym czasie, żeby wyjechać razem do Armenii lub Turcji.
Popijam piwo Dog in the Fog w pubie „Ego”. Siedzimy na balkoniku, w zacienionym miejscu, podczas gdy wpadające przez otwarte drzwi promienie słoneczne liżą stoły i krzesła, które tylko mogą dopaść. Godzina czternasta. Pub opustoszały i senny. Czuję, że ogarnia mnie poczucie całości, co się czasem zdarza – z osamotnionych cząstek elementarnych tworzą się wtedy sensowne konstrukty i dobrze być na to przygotowanym.

Ponurak zabrał mnie w miejsce gdzie spotyka się z kolegami na piwo. Z ławki jest widok na Odrę i cumujące w porcie statki. W wodzie odbijają się kwitnące wreszcie drzewa i czerwone dachy kamienic starego-nowego miasta. Niedaleko jest most, na który koledzy Ponuraka włażą po zardzewiałej, wiszącej na dwóch śrubach drabinie, żeby wieszać się na przęsłach.
Niewiadomo kiedy Ponurak porzucił gdzieś swoje glany i czarne koszulki z nazwami heavy metalowych zespołów, na rzecz zwykłych butów sportowych i koszul. Ubyło mu trochę mroczności. Planuje otworzyć prywatną firmę z kolegą z roku i przeprowadzać szkolenia – kogo będzie szkolił i z czego jeszcze nie wie, ale nic nie szkodzi. Plan skrystalizuje się z czasem. Jest też Ponurak dużo mniej marudny i niezadowolony z życia niż bywał. To ja jestem marudna. Przyczynia się do tego lektura egzystencjalistów, w który to nurt bardzo wrosłam, niemożność odłożenia w porę książki Houellebecqa i wizyty u taty.
Ilekroć pojawiam się u taty opowiada mi o kolejnym koledze z przeszłości, który jest ciężko chory na raka, albo właśnie umarł. Odkąd ojciec zamieszkał sam zdziadział dokumentnie. Nie ma przyjaciół i nie jest już tak atrakcyjny, żeby mieć kochanki. Jego emerytura jest zbyt niska, aby mógł podróżować. Stracił więc wszystkie przyjemności jakie niosło mu życie i teraz szykuje się na śmierć, która jednak napawa go olbrzymim lękiem. Według brata ojciec pije piwo, którego sobie nawarzył i nie ma co użalać się nad nim. Nie użalam się. Jestem wściekła. Chciałabym kopnąć go, potrząsnąć nim, ale nie wiem, co można mu zaoferować, żeby wypełnił sobie nudę takich samych dni, spędzanych na piętnastu metrach kwadratowych.
Obok taty mieszka 93 letni, znajomy artysta malarz. Jego mieszkanie jest większe, wszystkie ściany obwieszone są przez obrazy olejne i akwarele – w kuchni urządził pracownię: drewniany, poplamiony farbami stół ugina się pod ciężarem najnowszych prac, nad stołem wiszą najróżniejsze akcesoria malarskie. Malarz śmiga po schodach jak młodzieniaszek i opowiada, że przeżyje swoich wrogów, a w setne urodziny urządzi wystawę retrospektywną. Do mojego ojca mówi: „synku”, choć nie wygląda starzej od niego.
Podczas gdy ojciec starzeje się gwałtownie i rozsypuje jak David Bowie w „Zagadce nieśmiertelności”, mama zakochała się platonicznie jak młoda dziewczyna.

Siedzę w Coffee Republic nad Dużą z pianką. Mam trzy godziny do pociągu. Trzy godziny, żeby poukładać sobie wszystko i dokonać małego rachunku sumienia. Nagle okazało się, że nie sposób dłużej odkładać pewnych decyzji i bujać się kolejne parę lat bez planu.
Niewiele brakowało a nie przyjechałabym. Byłam już w piątek skłonna zaprzepaścić dwa i pół roku ze strachu, którego nawet nie rozumiem. Ciągle myślę o tym, że któregoś dnia nie będę w stanie wyjechać a potem przyjdzie „nazajutrz rano”, kiedy poczuję do siebie wstręt i będzie już za późno. To nieprawda, że jest czas i tysiące możliwości.
Ten piątek też przetrwałam, więc jednak warto robić rzeczy wbrew sobie. Gdybym nie działała wbrew swojemu nastrojowi, ciągle tylko patrzyłabym przez szybę jak dzieje się cudze życie.
Zasnęłam tej nocy prędko, ale obudzili mnie wracający do szkoły uczestnicy innej grupy szkoleniowej. Trzaskały drzwi, kroki niosły się po całym mieszkaniu, bo deski nawet pod bosą stopą skrzypią tam niemiłosiernie. Wierciłam się na podłodze w moim cienkim śpiworze i przychodziło mi do głowy mnóstwo myśli. Tym, co powstrzymuje mnie jest obawa, że się nie nadaję. Nie spieszy mi się, żeby usłyszeć, że nie jestem dość.. dobra. Przeciągam moment prawdy w czasie.
Kiedy byłam na obozie, mając jakieś dziesięć lat, zapisano mnie do jednego z obozowych konkursów. Trzeba było przygotować krótki program artystyczny – jakąś piosenkę, wiersz, czy układ taneczny. Zwyczajny popis, z którym nie miałam problemu, bo nie należałam do tych dzieci, które strojone wbrew swojej woli w sukienkę czy mundurek i ustawiane sztywno przed rodziną, klepią przez zaciśnięte ząbki co to Wisła co to Bałtyk, tylko do tych, co – ku zgrozie całej rodziny – same rwą się do śpiewania obscenicznych piosenek o przepióreczkach, które latały, skakały, aż się zesrały. Właściwie zgrozy chyba nie było. Mama wyniosła ze swej rodzinnej wsi wiele frywolnych pieśniczek folklorystycznych, których w kulturalnym towarzystwie nie wypadałoby odtwarzać, ale rodzina miała z nich zawsze dużo radości.
Podczas tego obozu miałam jeszcze niezachwianą pewność siebie, dlatego byłam całkiem przekonana, że mam szansę wygrać, czemu nie? Nie miałam powodu, by w siebie nie wierzyć, bo nikt jeszcze we mnie nie zwątpił.
Decydującego dnia wyszłam na forum ze swoim występem, stanęłam przed wszystkimi i nagle zdetonowało mnie. Zupełnie. Wystękałam tylko parę pierwszych słów i już nie mogłam więcej. Cisza. Nikt nawet nie pisnął, wszyscy tylko patrzyli na mnie wielkimi oczami, tysiące twarzy (wyobraźnia wyolbrzymiła trochę), a cisza przeciągała się. Nawet nie pamiętam, co wtedy czułam. Wiem co powinno się czuć w takiej chwili – zdenerwowanie, onieśmielenie, wstyd – a ja pamiętam tylko, że nie byłam w stanie niczego powiedzieć i że to było dla mnie niezrozumiałe, jakby niezależne ode mnie.
W większości przypadków człowiekowi się w życiu udaje. Inaczej nie byłby zdolny do wyjścia z domu. Tymczasem dochodzą do skutku spotkania zaplanowane jakiś czas wcześniej, odbywają się egzaminy i wyjazdy, robione są zakupy, zdobyta zostaje praca lub kobieta. Ale takie złe chwile zapamiętuje się najżywiej i chociaż podczas większości rozmów wiem, co powiedzieć i reaguję adekwatnie do sytuacji, myślę o tym, że w trakcie sesji z pacjentem, powtórzy mi się tamta blokada. I co wtedy. Lęk przed porażką jest tak wielki, że nie chce się nawet próbować.

Omawialiśmy wczoraj przypadek sędziego Schrebera. Schreber był wykształconym człowiekiem, cieszył się szacunkiem, piastował wysokie stanowisko, kiedy w wieku 51 lat zachorował na psychozę i został hospitalizowany. Stworzył sobie alternatywną rzeczywistość, świat rozpadał się dla niego i był wrogi, pełen głosów, rządzony przez mściwego Boga. W ostrych psychozach człowiek nagle odczuwa, że świat się zmienił, jest inny, krzywy, pokawałkowany. Tak naprawdę ta przemiana dokonuje się wewnątrz – to świat wewnętrzny leży w gruzach, panuje tam pustka, jak po wybuchu bomby atomowej.
Lęk przed wydarzeniem się czegoś strasznego jest w rzeczywistości ucieczkę przed katastrofą, która już się stała. Człowiek próbuje jej zaprzeczyć i woli wierzyć, że to w przyszłości czeka na niego kataklizm, bo jeśli skonfrontuje się z utratą będzie musiał zacząć przeżywać smutek. Myślałam, że taki lęk wynika z ciągłego dopływu informacji na temat, jak to kogoś niewinnego, bez żadnego powodu, spotkała krzywda. Wtedy myśli się o fatum, złośliwym losie, który zsyła nieszczęścia wtedy, gdy człowiek jest najmniej przygotowany. Dlatego lepiej martwić się wcześniej, żeby nie zostać zaskoczonym. I nie być zbyt szczęśliwym, bo można ściągnąć na siebie uwagę Losu.

Zaraz chyba pani wyrzuci mnie z Galicyjskiej. Umyła już wokół podłogę, prawie przejeżdżając mi mopem po butach i popatruje na mnie podejrzliwie. Udaję że nie widzę i nie rozumiem. Muszę jeszcze coś napisać. O tożsamości.
Gram na pianinie, ale nie jestem pianistką. Dużo piszę, ale nie jestem pisarką. Uczę się psychoterapii, ale nie jestem terapeutką. Jeszcze jestem studentką, ale nie będę socjologiem. Brakuje mi tożsamości, nie wiem kim jestem, już nie z egzystencjalnego punktu widzenia, ale zawodowego. Tak żebym mogła przedstawić się komuś, określając swoja przynależność do jakiejś grupy. Hania – informatyk Michał – historyk. To jest mi potrzebne, chociaż będzie też w jakiś sposób ostateczne. Jeśli stanę się terapeutką, to już nie będę mogła przesiadywać w kawiarniach jak S.d.B. i nie będę mogła podróżować jak Kapuściński, pisząc reportaże. Określasz swoją przynależność zawodową i skreślasz fantazje, co właściwie nie powinno być straszne, bo nie można do trzydziestki bujać się z nierealistyczną wizją siebie. A jednak brzmi właśnie ostatecznie, a wszystko, co ostateczne wzbudza wątpliwości, tak jak wszystko co nieodwracalne. Nie napiszę więcej, bo reszta musi się już rozstrzygnąć w działaniu.
Teraz mogę wyjść.

Idiotka

Brak komentarzy

Kiedyś powiedziano mi, ktoś mówił mi, tak jak w podobnych wypadkach się mówi, że ona wróci i będzie próbowała odnowić kontakt, zmienić go w taki, jaki był.
W jej pokoju stoją dwa wiklinowe foteliki, siedzimy w nich wygodnie, a między nami, na stole – Absolwent i dwa Red Bulle, dwie szklanki, które systematycznie uzupełniamy i w miarę jak opróżnia się butelka – zaledwie ćwiartka – Najpiękniejsza Kobieta Świata robi się coraz bardziej wylewna. Spotykamy się zazwyczaj po dłuższym okresie niewidzenia i to naturalne, że musimy początkowo przełamywać obcość, streszczać sobie ten czas zaczynając od największych banałów, ale w moim wypadku zwykła butelka nie jest w stanie ocieplić mnie na tyle, żebym mogła spojrzeć na Nią oczami tamtej idiotki. W kącie telewizja Trace emituje najnowsze teledyski, na kanapie rozpierają się różowe, zielone, fioletowe misie, na parapecie: śmietnik – żaba. A na ścianie wisi jej portret narysowany przez jakiegoś manszarda gdzieś nad morzem. Ten pokój to cała Ona. Jej twarz jest w centrum wrzechświata, jej wiara w pewne rzeczy jest zupełnie dziecięca i jej próba zreperowania tego, co się zepsuło jest zupełnie dziecięcą próbą.
Opowiada mi o koleżance, z którą w tym roku była w Stanach i z którą wyjeżdża znów w wakacje.
- Popsuły się nasze kontakty. Wiesz, że ja nie jestem niewinna, ale ona leci za każdym chłopakiem, który się nawinie. W klubie, kiedy pojawia się jakiś chłopak, zostawia mnie samą. Nie jestem już taka jak kiedyś, żeby ulegać innym tak łatwo. – (po co ona to mówi? Po co ona to mówi?). – Przeszkadza mi, że ona mnie zostawia samą.
Biorę solidny łyk wódki. Chciałabym mieć słabą głowę. Chciałabym upijać się łatwo i szybko przestawać być świadomą. Wiem, co ona zaraz powie, widzę jak na mnie patrzy, widzę, że rozluźniła się i myśli, że łączy nas dawne porozumienie…
- Przekonuję się teraz wielokrotnie – zaczyna Najpiękniejsza Kobieta Świata. – , że tylko tobie mogę zaufać. Wiem, że mogę ci wszystko powiedzieć, przy tobie się uspokajam…
Słucham. Nie jest mi miło. Czasem ludzie myślą sobie, że będą czuć satysfakcję, jeśli ktoś, kto kiedyś ich zawiódł, będzie próbował wrócić, uzmysłowi sobie dawne błędy, powie dokładnie to, co teraz słyszę. A mi jest tylko niewygodnie. Nie wiem co mam zrobić z tym wyznaniem. Mam pewność, że jest szczere, ale równie dobrze wiem, że wyrosło na konstrukcji, której nie potrafię przyjąć. Dla Najpiękniejszej Kobiety Świata szczerość ma zupełnie inny wymiar niż dla mnie – potrafi powiedzieć szczerze coś, czemu później z równą szczerością zaprzeczy. I wciąż działa impulsywnie, pod wpływem chwili.
Jest jeszcze coś – jej zamiłowanie do gry. Jak dobra aktorka uczy się na pamięć pewnych kwestii. Może nawet przychodzi jej to bez trudu. Wcześniej ze zdumieniem słuchałam jak powtarza moje własne słowa, przytacza je prawie bezbłędnie, z pełnym przekonaniem, że wygłasza własny pogląd. A ponieważ spędziłam pod jej wpływem tyle lat, wiem w którym momencie odtwarza cudze myśli. Gdybym znała jej przyjaciół lepiej, potrafiłabym powiedzieć, co od kogo zapożyczyła. Czasem jednak wystarczy mi, że opowie z kim w danej chwili przebywa. Ulega wpływom tak dalece, że na pewien czas przejmuje cudzy światopogląd, wypowiada się wtedy jak gdyby cytowała książkę i mam pewność – ktoś wygłosił podobną mowę, w jej obecności.
Kiedy mija czas bezkrytycznego uwielbienia Najpiękniejsza Kobieta Świata – jak w tej chwili – wraca myślami do czasów, kiedy urządzałyśmy noc horrorów, albo dzwoniłyśmy do obcych ludzi nabierając ich, że wygrali bilety na Mazowsze, albo dręczyłyśmy sąsiada z dołu spuszczając mu na skakance do okna Zająca Poziomkę, albo zakochiwałyśmy się w starszych o dobre siedem lat uczniach naszych rodziców, albo uciekałyśmy z domu.
Jak ona mi zalazła za skórę.

Ale moja mama pokłóciła się kiedyś z koleżanką podczas matur, bo tamta chciała kogoś bezpodstawnie uwalić. Mama nazwała ją: „mendowatą”. Tamta wyszła wielce obrażona i nie wróciła, matury trzeba było zawiesić do następnego dnia. Dwa lata nie rozmawiały ze sobą. Tamta próbowała mamie zaszkodzić, szkalując ją za jej plecami. A po jakimś czasie – nie tylko rozmawiają. Tamta zwraca się do Mamy w najtrudniejszych chwilach i Mama zawsze pomaga. Lubi ją, dzwoni, dba. Piecze dla niej ciasteczka.
Dlaczego więc moja znajomość z Najpiękniejszą Kobietą Świata nie mogłaby ewoluować do kolejnego etapu, być już ponad przeszłością, tą złą, której tak naprawdę nawet nie pamiętam dokładnie, tak się rozciągnęła, zaciemniła, w jednych miejscach zogromniała w innych spłowiała, że nie wiem już co jest prawdą, co zmyśleniem… Więc dlaczego nie mogłaby nasza znajomość wyjść z tamtych złych i dobrych chwil, jakby ukształtowana została na nowo?
Nie umiem patrzeć na Najpiękniejszą Kobietę Świata bez przypominania sobie jej z tamtych czasów. Coś mnie boli, gdy na nią patrzę. Wydaje mi się, że ona w jakiś sposób cierpi. Żal mi jej i żal mi siebie. Nie mam pojęcia, czy bez pryzmatu przeszłości mogłybyśmy się polubić – spotkawszy się takimi, jakimi jesteśmy teraz. Jeśli nie – to właśnie tylko ta przeszłość nas trzyma. Nasza wspólna niewinność. Te czasy, gdy ona była mała, a ja byłam idiotką. To może być podwód, dla którego tak mnie dotykają nasze spotkania.
Zapomniałam, żeby nie ubierać do Niej czarnych spodni. Przyszedł Chow Chow i zaślinił. Psom przypisuje się cechy właścicieli. Zawsze mam wrażenie, że ten głupiutki Chow Chow, chociaż tak się niby cieszy na mój widok, chciałby coś mi odgryźć.

Kluby to jednak miejsca, z których satyryk mógłby czerpać inspiracje garściami, a przeciętny człowiek odkrywać w sobie pokłady cynizmu. Kiedyś stwierdziłam, że nie lubię klubów, nie będę do nich chodzić i tej decyzji trzymałam się konsekwentnie dłuższy czas, tracąc wiele radości.
Zlot Czarownic, czyli trenujących dziewczyn, odbywał się tym razem w restauracji na barce, kołyszącej się przy nabrzeżu. Barkę znałam tylko z jej ciemnej sławy – starsi mężczyźni szukający przygód z dziewczynami, szukającymi panów szukających przygód. Sława sławą. Nie można dowierzać wszystkiemu, co się słyszy.
Wieczór zaczął się od intensywnych opadów deszczu. Deszcze opadły intensywnie kiedy przemierzałam ulice w półbutach. Dlaczego tym razem nie były to wysokie kozaki, chroniące przed ingerencją z zewnątrz, trudno stwierdzić. Tak widocznie było zapisane w górze, że tego wieczoru będę mieć na nogach półbuciki skórzane Ryłko, zapinane na kostce i dżinsy z przydługimi nogawkami, które to nogawki wytaplają się ochoczo w kałużach.
Ramoneska przywitała mnie w bluzce na ramiączkach z rzucikiem a’la grzbiet dzikiego kota. Kiedy Madzia mnie wita zapominam o wątpliwościach (nie chcę iść do klubu, jest ciemno i zimno). Jej mama szykowała się już do snu, ubrana w szlafrok i poczochrana. W domu Ramoneski wszystko jest tak jak powinno – mama, tata, pies, duża kuchnia z dębowym stołem, długi przedpokój, ciepło, porządek.
Tata Ramoneski złapał nas na korytarzu i zapytał jak gitara. W gitarze zerwała się struna podczas naciągania, do czego się przyznałam. Ten przykry incydent ratuje mnie jednak przed brzydągoleniem od świtu do nocy, w czasie, który powinnam poświęcać na poznawanie fascynującego świata grup etnicznych. Oczywiście nie umiem grać na gitarze. Ale czuję, że mam tę umiejętność zapisaną w genach, że już wkrótce będą mogła szarpać struny z wprawą muzyka rockowego, rzucając przy tym czupryną na prawo i lewo. Widzę wszystkie przyszłe ogniska, gdy znajomi będą prosić mnie o snucie subtelnych ballad. Wyjmę wtedy gitarę z zanadrza i zasunę liryczną przyśpiewkę. W Wigilie i święta będę przygrywać rodzinie pod kolędy, czystym riffem demaskując wszystkie słabości wokalno – interpretacyjne krewnych. Dlaczego nie? Mój brat nauczył się grać na gitarze sam i w ten sposób poderwał swoją pierwszą miłość (której faktycznie później złamał serce).
Na razie dorobiłam się pęcherza na kciuku i pękniętej struny.
Mam wizję kupowania nowych strun. W sklepach muzycznych siedzą zazwyczaj chłopcy w stylu tych z „Przebojów i podbojów”. Więc pan obrzuci mnie niechętnym spojrzeniem, zastanawiając się jak to możliwe, że chcę grać na gitarze skoro nie mam czarnych włosów i ćwieków w brodzie. Być może zacznie mnie wypytywać o rodzaj gitary, długość gryfu czy inne tego typu sprawy, które ujawnią, że nie wiem za co się biorę (chociaż zdarzyło mi się niedawno, że chłopak sprzedający w sklepie komputerowym potraktował mnie jak człowieka i nawet uśmiechnął się, choć nie musiał).
A może w sklepie muzycznym zastanę jakiegoś dziadka, który podając mi pudełko ze strunami, zdmuchnie z niego kurz? Nie mogę się doczekać wizyty tam. W takich sklepach mają mnóstwo tajemniczych rzeczy, które nazywają się ładnie i dziwnie. Na przykład kamerton. Kamerton. Kamerton.
Ale ta barka… Czarownic przybyło siedem. Stanowiłam numer 7 i pół, bo Behemot nazywa mnie Półczarownicą z racji mojego nietrenowania. Behemot sporządza protokoły ze zlotów, w których notuje co ciekawsze wydarzenia. Początek spotkania to zawsze czytanie protokołów z poprzedniego spotkania. Behemot jest magistrem technologii żywienia i pisze pracę doktorską na temat truskawek, poza tym nie ukrywa, że razem ze swoim mężczyzną, od niedawna mężem (co jednak nie neguje jego męskości), oddaje się często i chętnie rozpustom, typu gra w rozbieranego pokera czy zabawy erotyczne z użyciem najnowocześniejszych gadżetów. Ponieważ jej misiowaty mąż jest poważnym prawnikiem, ciężko jest mi go sobie wyobrazić w roli seksualnego pogromcy, z pejczem w dłoni z czy różowymi chińskimi kulkami.
Czarownice są pewne siebie, głośne, zabawne i nieprzyzwoite. Wieczór w ich towarzystwie to cudownie gorszący spektakl. Poza tym snują historie. Jeśli pomyśleć, że kilka osób zebranych razem, tworzy zbiór tysięcy historii, które mogą zazębiać się, przeplatać i nakładać na siebie, odkrywając nowy sens, wtedy rozmowa nabiera prawie rytualnego znaczenia.

Na parkiet schodzi się kręconymi schodami. Reszta mojej relacji może być poważnie zniekształcona (zdjęłam okulary na górze. Tak zaczęłam nosić okulary). Ramoneska relacjonuje, że towarzystwo parkietowe nie podoba się jej. Po mojej prawej widzę pana około czterdziestki obtańcowującego ciemnowłosą dziewczynę. Jego łapa przesuwa się po jej biuście. Błąd! Dziewczyna nie była chętna na tego typu przygodę i wycofuje się. Teraz pan rusza do nas. Muszę oddać mu sprawiedliwość – jest cierpliwy. Bite dwadzieścia minut podchodów, to z jednej to z drugiej strony, zataczanie coraz mniejszych kółek, polowanie na każdy ruch, który mógłby zinterpretować na swoją korzyć (założyła włosy za ucho! Podobam się jej!).
Śmieszą mnie ci parkietowi Don Juani i parkietowe primadonny, ale dobrze wiem, że klub to miejsce, gdzie większość ludzi próbuje znaleźć sobie partnera – do miłości, do seksu – wszystko jedno. Trzepotanie rzęsami, kołysanie biodrami, długie spojrzenia to element niezbędnej gry wstępnej. Jeśli chciałabym znaleźć tu faceta byłabym głupia sądząc, że siedząc w kącie z lodową miną femme fatal zwabię kogokolwiek. Tylko pan, który przez dwadzieścia minut nie potrafi zrozumieć, że źle trafił, czy ekipa wygolonych wyrostków z rękami założonymi na piersiach (widzę ich – te białe plamy koszulek firmowych, obrysowane światłami) albo niby zapamiętane w tańcu, w rzeczywistości rozpaczliwie czekające aż ktoś chwyci je za biodra panny.. właściwie dlaczego tak mnie denerwują?

Muzyka znośna. Do czasu aż pojawia się Stachursky. Nie nie nie! (Je je je! Naucz mnie jak tańczy sie!). I jeszcze ten pan z dyskoteki gdzieśtam, którego głos krzyczący „JAZDA!” znany jest chyba w każdej mieścinie. To się nie może podobać. Parę lat temu, w czasach koturn i białych futerek, te wrzaski uaktywniały tysiące młodych ciał zebranych w Lokomotywie, nafaszerowanych wszelkimi proszkami, ale dzisiaj? Jednak ludzie nabierają wigoru i wyrzucają ramiona w górę. To jakiś atawizm, odruch Pawłowa, klik wrr. Żałosne. Załamałabym ręce, gdybym nie trzymała ich w górze.


  • RSS